
|
|
 |
| | Prezydent a silna Polska | | | W ciągu najbliższych dziesięciu lat nasza gospodarka ma szanse doścignąć najlepsze gospodarki. Powiem więcej – jeżeli w ciągu najbliższych dziesięciu lat tego nie zrobimy, nie tylko nie zrobimy tego nigdy, ale nawet mamy ogromne szanse stać się drugą....Grecją. |

 | |
Polacy narodem zakompleksionym są i widać to na pierwszy rzut oka. Nasze niedowartościowanie jest tak wielkie, że zwyczajnie przeszkadza w normalnym funkcjonowaniu. Szukamy sposobów dowartościowania się w takich dziedzinach, które w efekcie nic nie dają i przez to trwamy od wieków w chocholim, zaklętym kręgu i co gorsza, wciągamy do niego kolejne pokolenia. Zastanawiam się jednak, czy aby to zakompleksienie nie jest ucieczką przed zwyczajnym lenistwem. |
|  |

 Za dziesięć lat na emeryturę przejdzie wyż demograficzny lat 60. i jednocześnie na PKB będzie pracować proporcjonalnie najmniej ludzi w powojennej historii Polski. Innymi słowy – pracujących będzie dużo mniej od tych, na których trzeba będzie pracować.
Emeryci i renciści nie lubią Balcerowicza (na tym haśle niejedna partia zbijała kapitał), bo dzięki jego reformom mamy jedne z niższych emerytur i rent. Jednak również dzięki nim mamy niższy dług publiczny, gospodarka może się rozwijać, bo pieniądze nie są przejadane, tylko inwestowane. Gdyby nie było tych reform, dziś mielibyśmy dużo gorzej niż Grecy, bo przede wszystkim nie bylibyśmy w UE – co może dobrem samo w sobie nie jest największym, jednak jest miernikiem (przynajmniej teoretycznie i jak się okazuje jednak nie bardzo obiektywnym i prawdziwym) poziomu rozwoju gospodarki.
Obiecałam sobie więcej nie bawić się w politykowanie na stronach wortalu, no ale nie umiem się powstrzymać. Nie żebym chciała reklamować jakiegokolwiek kandydata, wiem tylko, jakiego prezydenta chciałabym.
Jakby nie było, prezydenta wybieramy na 5 lat – to jest połowa czasu, który nam został na poważnie działania. Teoretycznie prezydent bezpośrednio wpływu na gospodarkę nie ma, jednak faktycznie może jej zaszkodzić.
Prezydent, rząd, parlament nie mogą myśleć tylko o jednej z grup społecznych, nie mogą myśleć tylko o teraźniejszości. Zatem, prezydent nie powinien wetować np. reformy KRUS, bo nie spodoba się to rolnikom, podczas gdy cała reszta musi na rolników łożyć.
Oczywiście, że lepiej jest być lubianym, niż widzieć np. jak palą kukłę z twoją podobizną, jednak, jak to mówią – jeszcze się taki nie narodził, co by wszystkim dogodził. Najważniejsze jest ustalenie priorytetów i dążenie do założonych celów.
Opierając się na piramidzie potrzeb ludzkich, choćby tej wg Maslowa, widzimy, że u podstaw są potrzeby fizjologiczne, w tym jedzenie, na drugim miejscu jest potrzeba bezpieczeństwa, na trzecim miłości i przynależności, na czwartym szacunki i uznania, a na samym końcu potrzeba samorealizacji. Państwo jest od tego, by wspierać nas w samych podstawach. Podkreślę – wspierać.
Państwo zwyczajnie ma umożliwić nam zadbanie o samych siebie.
Chcę by prezydent wspierał faktycznie rząd w zarządzaniu państwem, w reformowaniu go. Nie chcę prezydenta, który byłby hamulcowym, ale nie chcę także całkowicie spolegliwego. Chcę prezydenta, który umiałby stymulować rząd, który wychodziłby z inicjatywą, którego krytyka byłaby konstruktywna, a nie jedynie miała na celu zgłoszenie weta, gdy reforma nie będzie zgadała się z programem jakiejś partii.
Nie ukrywam, że w moim odczuciu prezydent powinien być ponadpartyjny. Prezydent powinien łączyć, pomagać w porozumiewaniu się różnych grup, jednak nie powinien opowiadać się po żadnej ze stron, bo przecież musi być prezydentem wszystkich Polaków.
Nie chcę prezydenta, który będzie mi mówił, co mam robić. Chcę takiego, który nie będzie mi przeszkadzał w zaspokajaniu moich potrzeb.
Chcę prezydenta, który będzie otaczał się mądrymi ludźmi (nawet przeciwnikami), słuchał ich i podejmował decyzje z myślą o przyszłości, bez kompleksów, grożenia antagonistom.
Nie chcę prezydenta (rządu i parlamentu zresztą także), który wiedziałby lepiej ode mnie, co dla mnie dobre. Chcę za to takiego, który będzie wiedział, że człowiekowi należy dać wędkę, a nie rybę.
Chcę prezydenta, dla którego wielkość państwa jest wynikiem wielkości jego obywateli. I nie chodzi tu o wielkość duchem, bo czy to się komuś podoba, czy nie – znacznie bardziej ceni się bogatych i silnych. A zatem chcę prezydenta, który pozwoli obywatelom się bogacić i rozwijać.
Kwestię czy wśród kandydujących znajduje się osoba przystająca do moich oczekiwań, pozostawię otwartą.
Anna Nozdryn-Płotnicka anna.plotnicka@automatykaonline.pl
|

Komentarz: |  Witam serdecznie, jak słusznie Pani zauważyła prezydent nie ma praktycznie żadnego wpływu na gospodarkę, więc co jest oczywiste nie może jej zaszkodzić. Co do reform Balcerowicza, to jest dokładnie odwrotnie niż Pani pisze. Większość z tych reform uczyniła z nas republikę bananową, a gospodarka rozwija sią faktycznie tylko dzięki temu, że znaczną część PKB wytwarza tzw. szara strefa, dzieki czemu pieniądze właśnie nie są marnotrawione. Te zaś pieniądze które mają cokolwiek wspólnego ze sferą biurokratyczną, rządową w znakomitej większośći są przejadane. Proszę zapoznać się z czterema sposobami wydawania pieniędzy wg Miltona Friedmana, cenionego ekonomisty, a bez trudu dojdzie Pani do tego, że wydawanie cudzych pieniędzy na cudze potrzeby ze zrozumiałych powodów jest najmniej efektywne. A co do prezydenta, to obawiam się, że większość Pani oczekiwań będzie raczej trudna do spełnienia.
Pozdrawiam
Marcin | | Marcin      13:33, 25.05.2010 |  Ależ może może zaszkodzić; vide - zablokowane przez śp. Lecha Kaczyńskiego reforma służby zdrowia. Nadal musimy przez to dokładać do źle zarządzanych jednostek medycznych.
A która to konkretnie reforma Balcerowicza uczyniła z nas republikę bananową? (proszę też podać definicję wg Pana, bo jakoś nijak nie mogę się u nas tego dopatrzyć).
Trudno mi się też zgodzić ze stwierdzeniem, że naszą gospodarkę utrzymują oszuści - bo jakby nie było, szara strefa to nieuczciwość choćby w stosunku do tych, którzy płacą podatki.
Co do Miltona Friedmana to wielu się na niego powołuje, a akurat on bardzo pochwalałby reformy Balcerowicza - przynajmniej jeśli chodzi o ograniczenie rent i emerytur, wszak był bardzo przeciwny państwu opiekuńczemu.
A co to znaczy, że wydawanie cudzych pieniędzy na cudze potrzeby jest najmniej efektywne? Nie uważa Pan, że nie ma większego znaczenia czyje pieniądze wydajemy, ważne by z głową? A co do wydawania na cudze potrzeby...nieustanie powtarzam, że należy pomóc ludziom w tym, by sami zaspokajali swoje potrzeby - jednym zdaniem - dać wędkę, a nie rybę.
Mówi Pan, że moje oczekiwania nierealne? Cóż - czymże byłby człowiek bez marzeń :)
Pozdrawiam serdecznie | | Anna Nozdryn-Płotnicka      22:02, 25.05.2010 |  Witam, zacznę może od końca. Ależ właśnie to czyje pieniądze wydajemy jest kluczowe, bo tak już jest, że własne najbardziej szanujemy, a cudzymi (w tym przypadku podatników) szastamy (a ściślej szasta rząd), nie mówiąc już o tym, że nie zna potrzeb swoich obywateli, bo najlepiej znają je oni sami.
Co do Miltona Friedmana się zgadzam, z małym wyjątkiem - nie pochwalał publicznej/bezpłatnej służby zdrowia, bo uważał ją za fikcję. A skoro już o tym, to nie wdając się w szczegóły tych sławetnych reform, to główny problem leży w tym, że jednostki medyczne są państwowe, a więc z góry skazane na nieefektywność. I to czy śp. Lech Kaczyński reformę zablokował nie ma większego znaczenia, bo problem tkwi o wiele niżej, czyli w samej konstrukcji sektora.
Może się Pani nie zgadzać z tym co napisałem o szarej strefie, ale tak po prostu jest i otwarcie mówią o tym ekonomiści, m.in. z Centrum im. Adama Smitha.
Co się zaś tyczy republiki bananowej, to wiele z reform zaproponowanych przez Balcerowicza doprowadziło w naszym kraju do biznesowego umocnienia się środowisk dawnej nomenklatury, która dostała nie wędki, a wręcz ryby, czyli np. informacje o tym o jakie koncesje należy się ubiegać. I m.in. to, ale nie tylko, doprowadziło właśnie do powstania swoistej republiki bananowej, czyli kraju, w którym pewnej grupie przyznano pisząc łagodnie wyjątkowe przywileje.
Pozdrawiam
Marcin | | Marcin      15:07, 26.05.2010 |  Witam ponownie, poniżej coś w temacie o którym piszemy.
(...) Prof. Friedrich Schneider z Uniwersytetu w Linzu, ekspert ds. szarej strefy, ocenia, że w większości państw motorem jej rozwoju są wysokie obciążenia podatkowe i opłaty na ubezpieczenia społeczne, czyli wysoki tzw. klin podatkowy. Jego zdaniem w 2003 roku w szarej strefie powstawało aż 30 proc. polskiego PKB. (...)
I zapewniam Panią, że dziś ta liczba jest wyższa. I nie trzeba szarej strefy likwidować, tylko zmniejszyć obciążenia, a firmy same przestaną zatrudniać pracowników bez dokumentów.
Pozdrawiam
Marcin | | Marcin      15:41, 26.05.2010 |  Przyznaję się, że prac Friedricha Schneidera nie znam, a do tego zaczęłam się zastanawiać, czy Pan zgadza się z Profesorem i dopuszcza się błędu logicznego??? ;)
Jeżeli wziąć pod uwagę przytaczane przez Pana twierdzenie Friedrich Schneider i Pana zapewnienie, że obecnie mamy większą szarą strefę, to jakże mocno rozwijającym się krajem byłaby Polska, gdyby wszyscy byli uczciwi :))
Pozdrawiam serdecznie | | Anna Nozdryn-Płotnicka      6:25, 27.05.2010 |  Witam ponownie. Nie dopuszczam się błędu logicznego :-) Polska byłaby mocno rozwijającym się krajem, gdyby obciążenia podatkowe były mniejsze, a nie wtedy gdyby wszyscy płacili wysokie podatki, bo one właśnie hamują rozwój gospodarczy i powodują, że coraz więcej firm świadomie wchodzi do szarej strefy.
Pozdrawiam
Marcin | | Marcin      9:33, 27.05.2010 |

Skomentuj:  Treść | |

|
|
 |
|
|